Menu

O miłości i podróżach

Kiedy zamykam oczy i próbuję wyobrazić sobie moje miejsce na ziemi zawsze widzę słońce, drzewa piniowe i trzy kolory: zielony, biały, czerwony...

Jarmarki Bożonarodzeniowe - coś dla ducha i dla ciała

monika_piw84

Tym razem chciałabym zmienić na chwilę lokalizację i z najpiękniejszego miejsca na świecie przenieść się do naszych bliższych, zachodnich sąsiadów. Ponieważ okres przedświąteczny zwiastuje wielu ciekawym wydarzeniom kulturalnym my również wykorzystaliśmy moment i wybraliśmy się na jarmarki bożonarodzeniowe do pobliskiego Schwedt i ciut dalszego Berlina.


W Schwedt w tym roku jarmark zaczął się 01.12 i trwał do 04.12. Krótko, zwięźle i na temat. My pojechaliśmy w sobotę, 3 grudnia. W zeszłym roku wszystko odbywało się pod Oder Center – największym centrum handlowym miasteczka. Tym razem – na ichnim jakby starym mieście. Ładne świąteczne dekoracje, lubiane przez Niemców karuzele adwentowe i piękne oświetlenie. Jarmark był mały i przytulny. Niewielka scena, na której akurat przy naszej wizycie muzykę świąteczną puszczał dj. Nieopodal sceny duuuży ekran (jak się później okazało organizatorzy powystawiali snopki słomy, ponakrywali kocami, wykorzystali je jako siedziska i puścili dzieciom na ten ekran bajkę – prawdopodobnie „Kopciuszka” - fajna sprawa). Obok zaczynały się różne budki i kramiki. Wystawiali się również Polacy. Był nasz bigos, nasze pięknie dekorowane pierniki. Ale były też jarmarczne rękodzieła ze szkła, obrazy na deskach malowane, gliniane. Można było kupić czapki, szaliki oraz jakieś bałkańskie pasty i przystawki. No i oczywiście nie mogło zabraknąć niemieckich wurstów (kiełbasek z rusztu) oraz grzanego wina! Proponowałam mężowi, aby kupił sobie kubeczek, ale nie był chętny – a ja kierowca. Całość obeszliśmy w niecałą godzinkę. I wróciliśmy do domu.


Kolejny jarmark bożonarodzeniowy, który postanowiliśmy w tym roku zaliczyć to jarmark berliński. Nauczeni korzystania z Brandenburgia-Berlin-Ticket postanowiliśmy jechać w niedzielę 11 grudnia. Wybrali się z nami nasi przyjaciele - małżeństwo – Iza i Krzyś. Ale najpierw przygotowałam wszystko organizacyjnie – znalazłam w internecie informacje w których miejscach miasta odbywają się jarmarki – tak, w Berlinie jarmarków jest kilkanaście, rozpostarte po całym mieście, wszak to 6 co do wielkości miasto Europy, więc jest gdzie. Dowiedziałam się które jarmarki są najbardziej popularne, które najlepiej zorganizowane i gdzie warto zawitać a gdzie nie. Dzięki temu powstała mapa tego, gdzie się udać. Na to nałożyłam mapę komunikacji (skupiłam się głównie na S-Bahn i U-Bahn jako najszybszych środkach komunikacji) i wiedziałam już jak zaplanować nasz wyjazd. Jak skończę opowieści o wycieczce do Italii obiecuję, że opiszę nasz tegoroczny, wakacyjny, jednodniowy pobyt w Berlinie ze zwiedzaniem i wszystkim co dotyczy komunikacji. Teraz jednak chcę się skupić na bożonarodzeniowym klimacie.


W pociąg w Schwedt wsiedliśmy o 9:08, podróż minęła szybko i komfortowo, o 10:28 byliśmy w Berlin HBF. Powiem szczerze, że to była moja 3 wizyta w Berlinie i za każdym razem ich dworzec główny robi na mnie piorunujące wrażenie. Te poziomy, piętra, sklepy, galerie, perony (jest ich chyba 16!) i to, że tory przecinają się piętrowo i leżą do siebie prostopadle napawa mnie zdumieniem. Wjechaliśmy na górę i udaliśmy się na peron S-Bahn i czekaliśmy na kolejkę, która zawiezie nas na AlexanderPlatz. To tu mieści się pierwszy zaplanowany do odwiedzenia jarmark. Dotarliśmy szybciutko (ok. 5 minut) i po chwili znaleźliśmy budki jarmarczne. Zaczęliśmy oglądanie. Miejsce ma swój klimat. Drewniane budki, ustawione jedna obok drugiej. Można coś zjeść, można coś wypić, można coś kupić – generalnie wydać tysiące € bez opamiętania ;) Na tym jarmarku Krzyś zaczął od zjedzenia wursta. A my od wypicia Glühwein – typowo niemieckie grzane wino. Tu się dowiedziałam, że kupując wino (3,50€ za 0,2L) płaci się również zastaw za kubek – 3€. Kubeczki są śliczne, bo z obrazkiem miejsca, na jakim się je pije – w tym przypadku z AlexPlatz. Po wypiciu wina oddajesz kubasek, a oni oddają Ci kasę. Oczywiście zaświtała mi myśl w głowie, aby zabrać jeden w ramach pamiątki, ale szybko stwierdziłam, że po co mi to? :)


Co mogę powiedzieć o jarmarku na AlexanderPlatz? Jest spory, ale nie jakiś ogromniasty. Są drewniane, klimatyczne budki. Sprzedają przekąski, jedzenie. Znajdują się 2 sklepy (domki, do których się wchodzi) z pięknymi ozdobami świątecznymi. WSPANIAŁYMI! W jednym głównie ichnie Räuchermann – drewniane figurki do powieszenia na choince lub umieszczenia w nich kadzidełek, ale również szklane ozdoby. W drugim (tam straciłam głowę) tylko szklane bombki, ale jakie? Jakie tylko dusza zapragnie. Jeśli marzycie o jakiejś bombce, w konkretnym kształcie i kolorze tam ją znajdziecie. Są bombki standardowe, są zdobione, malowane, witrażowe. Są bombki szopki, figurki, zwierzęta (od kota i psa po niedźwiedzia), ptaki (pawie z prawdziwymi piórami), dla melomanów instrumenty, dla sportowców piłki, dla świeżo upieczonych rodziców smoczki czy buciki w kolorze różowym lub błękitnym z datą… no jest wszystko! A ceny? Obłęd!!! Za malusieńkie serduszko, dosłownie wielkości naszej 2-złotówki liczą 1,95€. Były bombki – flagi, prawie każdego kraju Europy i świata. Również Italii. Chciałam taką… Ale kosztowała prawie 5€! A wielkości może 3cm x 2cm… Dajcie spokój. No zrobiłam trochę zdjęć, więc widać co tam się działo, ale w końcu zostałam poinformowana przez pracownicę: „No photo!” więc musiałam przerwać… te wszystkie wspaniałości znajdowały się w sklepiku z Mikołajem przed wejściem. No po prostu szok! Nieopodal znajduje się budynek – karuzela adwentowa. To tu wypiłam swoje pierwsze w życiu, niemieckie grzane wino. Rozgrzało ;) Zapoznaliśmy się z ofertą wszystkich budek na placu i na pieszo ruszyliśmy pod pobliski Ratusz Czerwony – na kolejny jarmark.


Pierwsze co naszym oczom się ukazało to ogromny diabelski młyn. I mimo że zawsze boję się tego typu atrakcji to tym razem (chyba po tym winie :P ) powiedziałam: „Jedziemy tym?” a moja ekipa o dziwo się zgodziła :) Nasze kroki skierowaliśmy prosto tam. Akurat tak się udało, że młyn skończył swój ruch i przyszła nasza kolej. Ogólnie bilety nie należą do najtańszych. Dla grupy 4-osobowej była zniżka – 22€ (nie wiem ile kosztuje 1 bilet). Daliśmy po 11€ i już siedzieliśmy w wagoniku. Iza powiedziała, że będzie piszczeć, ale nie było takiej potrzeby. To był mega przyjemny przejazd, przy okazji podziwialiśmy panoramę miasta. No fajna sprawa ;) Myśleliśmy, że to będzie 1-2 obroty, a kręciliśmy się kilka razy i trwało to chyba z 5minut. Fajne :) Po wyjściu stamtąd udaliśmy się do budki po jedzonko. I tym razem zjadłam swojego pierwszego w życiu wursta, w grzanej bułce z musztardą. I powiem Wam, było wow! Smaczne :) Ja jadłam z białą kiełbaską, Janek z normalną z chili. Pychota! Do tego oczywiście co? Glühwein tym razem z rumem. I w pięknym, glinianym kubeczku z obrazkiem tego jarmarku. Krzyś wypił kawę – nasz kierowca i zjadł sobie bulette’a – kotleta mielonego w bułce. Ten jarmark był ciut inny od poprzedniego. Dużo większy, ograniczony płotem, bramami wejściowymi. Były duże szopki, były karuzele dla dzieci (i dla dorosłych :P ), mnóstwo drewnianych budek z przeróżnymi ozdobami świątecznymi i różnymi produktami. Wiele budek z grzanym winem, jedzeniem i przekąskami. No i oczywiście toalety (za 0,50€). Bardzo fajny klimat. Dużo rodzin z dziećmi, bawiący się, uśmiechnięci. Ludzie się spotykali, stawali przy zadaszonych stolikach z kubeczkami wina i rozmawiali. Podobało mi się :)


Czas było jechać na kolejny jarmark – na ten, na który najbardziej czekała Iza (od znajomej nasłuchała się o nim w samych superlatywach). Poszliśmy na U-Bahn i dojechaliśmy do Gendarmenmarkt. Wejście na ten jarmark jest biletowane i płatne – 1€ za osobę. Tu znajduje się mnóstwo drewnianych budek, oplandekowanych stanowisk z różnorodnymi ozdobami i pamiątkami, najczęściej ręcznie zdobionymi i robionymi. Typowe produkty, które nie zdarzą się dwa takie same, bo każdy się czymś różni, nie masówka. Sam plac, na którym odbywał się jarmark podobał mi się bardzo. Bo czułam mocne nawiązanie do budowli włoskich. Dwa bliźniacze kościoły, a pośrodku przepiękny budynek „Konzerthaus Berlin” z przepiękną kolumnadą i apsydą. Przed budynkiem znajdowała się scena, na której akurat występował chór i śpiewał świąteczne, niemieckie pieśni. Atmosfera zupełnie inna niż na tamtych jarmarkach. Taka bardziej wyniosła, ą-ę. I ludzie ciut inni – nie każdy wejdzie na jarmark, za który trzeba zapłacić. Obeszliśmy wszystkie stoiska i doszliśmy do wniosku, że zbliża się pora obiadowa. Na tym jarmarku dużo było takich jakby restauracji w namiotach. Podawali albo ichnie dania (pieczone ziemniaki z mięsem), dużo grillowanych stoisk. Znalazła się też włoska restauracja i w końcu na nią się zdecydowaliśmy (była stosunkowo najtańsza i chyba najbardziej zbliżona do moich i Janka kupek smakowych (a Iza z Krzysiem poszli na kompromis i się dostosowali). Kelnerzy mówili niektóre wyrażenia po włosku, więc nawet sympatycznie. Od razu znalazło się dla nas miejsce i dostaliśmy niemieckie menu. Zapytałam kelnera czy ma menu po angielsku, a on że nie i że będzie mi wszystko tłumaczył. I był gotów tłumaczyć mi całą kartę, ale podziękowałam ;) Iza z Krzysiem wzięli zuppa di zucca (czyli krem z dyni) oraz po lasagne. Do tego Krzyś wodę, którą pił z Izą na spółkę :) A my z mężem po pizzy (Janek z funghi (grzyby), ja z prosciutto i ruccolą) i do tego po typowo włoskim akcencie – piwie Perroni. Pytałam się kelnera o vin brule (świąteczne wino grzane), ale powiedział, że jest niedobre i jeśli już to poleca je po posiłku ;) Jednak nie wypiliśmy go w ogóle. Jedzonko było smaczne, piwko oczywiście też. Posiedzieliśmy, daliśmy odpocząć nogom i po zapłaceniu rachunku (my 30€ za 2 pizze i 2 piwa) poszliśmy kupić to, co nam się tu spodobało i ruszyliśmy dalej. Na kolejny jarmark – Spandau.


Tam podróż trwała dość długo i z przesiadką. Ale komunikacja w Berlinie jest tak fenomenalnie rozwiązana, że bez problemu się udało i o 16:30 byliśmy na Spandau i kierowaliśmy się w stronę jarmarku. Ten był zdecydowanie największy ze wszystkich, na jakich tego dnia byliśmy. Mnóstwo budek, kiosków, sklepików. Jednak nie był tak świąteczny jak te pozostałe. Rzekłabym że to raczej kiermasz niż jarmark. Było tam wszystko, mydło i powidło, ale ozdób choinkowych brak. Obeszliśmy całość, pooglądaliśmy co oferują (jedna budka wystawiony miała na dachu maszynkę, która wyrzucała z siebie pianę (niby imitacja śniegu) ;) taki klimat, że trzeba się urządzeniami ratować). Po godzinie siedzieliśmy z powrotem w S-Bahn i jechaliśmy w stronę AlexanderPlatz. Za naszą pierwszą wizytą nie kupiliśmy żadnych bombek, bo chcieliśmy zobaczyć wszystko. Jednak nigdzie nie było tak pięknych ozdób jak te w sklepie z Mikołajem. Więc poszliśmy tam i wydaliśmy trochę € na pamiątkowe bombki (można stracić głowę i wydać naprawdę dużo – trzeba bardzo uważać!). Poszliśmy wypić jeszcze po jednym grzanym winie (tym razem doprawionym amaretto) i udaliśmy się w stronę dworca HBF. Tam mieliśmy jeszcze 30minut czekania na pociąg, więc poszliśmy do kawiarni Zanetti Eis na kawkę i lody. No i co? Znów włoski akcent. Lody były przepyszne! Może nie takie jakie powinny być włoskie lody, nakładane zwykłą łyżką do gałek a nie łopatką, ale powiem szczerze, że na pewno będę je jeść przy każdej wizycie w Berlinie. Gałka kosztowała 1,40€. Po konsumpcji udaliśmy się na peron, wsieliśmy o 19:32 w pociąg i przed 21:00 byliśmy w Schwedt.


To był naprawdę udany dzień. Podobało nam się bardzo. Mi przede wszystkim za klimat. Patrzyłam jak ludzie się spotykają, rozmawiają, bawią się i śmieją. Piją winko, jedzą wursty i jest naprawdę sympatycznie. Jeśli będziecie kiedykolwiek mieli okazję naprawdę polecam. Warto! Ale weźcie ze sobą „trochę” €, bo idą jak woda ;) A ja odnalazłam więcej włoskich akcentów niż się spodziewałam :) Miłości trwaj!


Króciutkie podsumowanie na co warto zwrócić uwagę. Do najbardziej popularnych i najczęściej występujących produktów, jakie spotkamy na niemieckich jarmarkach są:

  • Räuchermann – drewniane figurki,
  • Schwibbogen – świeczniki adwentowe do stawiania na oknie,
  • Weihnachtspyramide – bardzo popularne i lubiane przez Niemców karuzele adwentowe,
  • Nussknacker – dziadki do orzechów w kształcie figurek, żołnierzyków,
  • Spieldose – świąteczne pozytywki,
  • Krippe - żłóbki i stajenki do postawienia pod choinką.

A co zjeść i wypić? Co jest najczęściej występujące?:

  • Glühwein – grzane wino podawane z różnymi dodatkami, syropami, przyprawami – obłędne!
  • Eierpunsch – likier jajeczny z białym winem i bitą śmietaną – nie próbowałam, ale spróbuję kolejny raz
  • Feuerzangenbowle – ciepły napój alkoholowy na bazie ponczu, podawany z płonącym cukrem
  • Rostbratwurst – grillowana kiełbasa w bułce z ketchupem lub musztardą – pycha :)
  • Crêpes – francuskie naleśniki z różnymi farszami, przeważnie na słodko
  • Reibekuchen – placki ziemniaczane z różnymi farszami
  • Bullete – kotlety mielone w bułce z ketchupem lub musztardą
  • Maroni – pieczone kasztany – dla mnie bleeee ;)
  • orzechy i migdały w różnych posypkach, karmelach i innych słodkościach, owoce w czekoladzie, jabłka w karmelu (jak lizaki), czekolady, ciasta, ciasteczka, ciasteczka korzenne i przeróżniaste słodkości.

Dla mnie Boże Narodzenie to jeden z najwspanialszych okresów w roku. Zapach wigilijnych potraw, lepienie pierogów, zapach świeżej choinki i blask lampek i bombek. Dzielenie się opłatkiem, kolędy i ta rodzinna atmosfera. Mam wrażenie, że do corocznych obowiązków chyba dołączę wizyty na jarmarku bożonarodzeniowym.

Ps. W tą niedzielę atakujemy rodzimy jarmark w Szczecinie. Zobaczymy co tam na nas będzie czekać :) I czy grzane wino będzie tak samo dobre ;)

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • jolajolanta

    uwielbiam Boże Narodzenia a jarmark jest dla mnie idealną okazją by kupić jakieś słodycze dla dzieciaków, ciekawe ozdoby i w ogóle poczuć świąteczny klimat :)
    W tym roku na jarmarku w Berlinie kupiłam na przykład drewniany domek led na wigilijnym stole prezentował się wybornie.

© O miłości i podróżach
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci